Spis treści
Nie od razu rzuciliśmy się w podróże na własną rękę. Ba! Na początku byliśmy trochę jak dzieci we mgle – z wizytami w biurze podróży, walizką na kółkach i ogromnym podekscytowaniem, że oto lecimy za granicę!
Ten wpis to opowieść o naszej pierwszej wspólnej wyprawie samolotem… i o dwóch kreskach, które pojawiły się tuż przed nią. O śmiechu, decyzjach i tym, jak wtedy – nieświadomie – zaczęliśmy budować nasz styl podróżowania.
Początki - jak do tego doszło, czyli dwie kreski i pytanie: Co dalej?
Na początku naszego związku widywaliśmy się tylko w weekendy, dlatego każdy dłuższy czas staraliśmy się przeznaczać na podróże – początkowo te po Polsce. Z czasem zaczęliśmy rozmawiać o ucieczce gdzieś, gdzie czysto w teorii będziemy mieli piękną pogodę, basen i jedzenie no limit. Wtedy znaleźliśmy na stronie biura podróży nasze pierwsze zagraniczne wakacje. Padło na Bułgarię – wybraliśmy Złote Piaski.
Staraliśmy się wówczas o drugie dziecko ale nasza pani doktor prowadząca uznała, że skoro widujemy się tylko w weekendy to… przy odrobinie szczęścia może spotkamy się z sukcesem za jakieś pół roku.
Oferta znaleziona, opłacona, radość nie do opisania – w końcu odważyliśmy się naszymi planami wyjść poza granice! Czas odliczać!
Szymon ruszył w trasę, a ja na drugi dzień zrobiłam test ciążowy, nawet nie wiem dlaczego, może to była intuicja, chęć sprawdzenia, bo właśnie kupiliśmy wymarzone wakacje? Spotkałam się z moimi przyjaciółkami które na „dwie kreski” czekały chyba równie niecierpliwie jak my i… wyszedł pozytywny! Kto by się spodziewał?
Radość zmieszała się z zastanowieniem – co teraz? Czy zrezygnować z wakacji? Czy mogę bezpiecznie wsiąść w samolot? Nie chciałam słuchać rad z internetu bo każda ciąża jest inna ale na wizytę u pani doktor musiałam chwile poczekać.
Okazało się, że kiedy nadszedł czas, pani doktor była na chwilowym zwolnieniu. Jej zastępczyni… no cóż, nie była zbyt miła, ale za to konkretna – i to aż za bardzo. Kategorycznie zabroniła mi lotu samolotem jeśli chciałam utrzymać ciążę.
Dodam, że wszystko było w porządku – jak wspomniałam, ciąża była planowana pod okiem lekarza więc dobrze się do niej przygotowaliśmy i pierwsze badanie również wyszło idealnie.
Pogodziliśmy się z myślą, że nasze “wyjście za granice” musi jeszcze poczekać. Mimo wszystko… nie odwołaliśmy lotu. Postanowiłam poczekać na powrót naszej pani doktor i skonsultować to jeszcze z nią.
Przyszedł dzień wizyty.
Usiadłam przy biurku z lekkim zdenerwowaniem i zaczęłam opowiadać o naszych planach – a do wylotu zostały już tylko cztery tygodnie…
Pani doktor spojrzała na mnie z uśmiechem i powiedziała: „To sprawdzimy czy u malucha wszystko gra, bo przy zdrowej ciąży latanie jest zupełnie bezpieczne”.
Po czym wstała zza biurka, ukazując swój już dość widoczny ciążowy brzuszek i dodała z uśmiechem, „Moja ostatnia nieobecność to nie było żadne zwolnienie, byłam na konferencji medycznej na drugim końcu świata.”
Złote piaski, słodki chaos
Można się więc domyślić, że ostatecznie polecieliśmy – już wtedy we czwórkę, choć z najmłodszym podróżnikiem jeszcze w brzuchu.
Lot przebiegł prawie bezproblemowo – z wyjątkiem dwugodzinnego opóźnienia. Dziś znalazłabym na to kilka rozwiązań ale wtedy… to był nasz pierwszy raz!
Kiedy dotarliśmy na miejsce, już po dwóch dniach znudziło nam się leżenie nad basenem. Chcieliśmy czegoś więcej – zobaczyć, poznać, odkryć! Całe dnie spędzaliśmy poza hotelem, korzystaliśmy z wycieczek fakultatywnych biura podróży – co już wtedy narobiło nam trochę stresu. Na jedną z nich autobus… po prostu się nie zjawił. Godzinne oczekiwanie na połączenie się z konsultantem na infolinii ostatecznie pomogło ale niesmak pozostał.
To był dopiero początek naszych relacji z biurem podróży – i początek decyzji. które ostatecznie doprowadziły nas do podróżowania na własną rękę 😀
Chodźmy dalej, poza folder
Oprócz wycieczek oferowanych przez biuro już wtedy próbowaliśmy swoich sił w samodzielnym odkrywaniu miejsca. Złapaliśmy taksówkę i pojechaliśmy zobaczyć Warnę.
Chodziliśmy uliczkami, które odbiegały od katalogowych zdjęć biura podróży. Napotkaliśmy śmieci na ulicach, stare, zniszczone budynki oraz autentycznych mieszkańców – tych którzy nie czekają na napiwek za doniesienie walizki do pokoju, a uśmiechają się do Ciebie bezinteresownie. I już wtedy wiedzieliśmy, że to jest to.
Prawda o miejscu – jaka by nie była.
Wyjście poza turystyczne szlaki.
Poznanie kultury i ludzi.
Podróżowanie całym sobą!
Zakończenie
To były początki – pełne emocji, niepewności, ale też radości i ogromnej ciekawości świata.
Dziś wiemy, że ten wyjazd – z jego niedoskonałościami i urokiem – był pierwszym krokiem w stronę przygód, jakie kochamy najbardziej.
Bez filtra, bez przewodnika, z dziećmi pod pachą i planem, który można zmienić w każdej chwili. Pierwszym ale nie ostatnim – bo z biurem podróży mieliśmy jeszcze kilka przygód, każda z nich była cenna… ale o tym w kolejnym wpisie…
